Eli – recenzja filmu. Choroba chorobie nierówna

Eli ma jedenaście lat i od dawna nie może przebywać w normalnym świecie, gdyż jego system immunologiczny nie działa tak, jak powinien. Większość czasu spędza więc w specjalnie zaaranżowanej i sterylnej przestrzeni. Jego rodzice nie dają jednak za wygraną i decydują się na eksperymentalną terapię prowadzoną przez doktor Isabellę Horn. Po przybyciu do jej placówki, Eli zaczyna jednak widzieć różne dziwne rzeczy.

Eli – nijaki horror z przebłyskami

Oczywiście rzeczone dziwne rzeczy widzi tylko Eli i nikt nie chce mu uwierzyć. Chłopak zaczyna nabierać coraz więcej podejrzeń względem miejsca, w którym się znajduje i – przede wszystkim – doktor Horn. Film w reżyserii Ciarana Foya oferuje kilka zwrotów fabularnych. Jedno, co mogę powiedzieć o tym najważniejszym, końcowym, to to, że trudno się jest go spodziewać. Inna sprawa, czy jest jakkolwiek satysfakcjonujący i chociaż podejrzewam, że znajdzie się sporo osób, które będą zadowolone z takiego obrotu spraw, to jednak osobiście mam sporo „ale”. Na przykład takie, że jeśli się zastanowić, to wcześniejsze wydarzenia w dużym stopniu są pozbawione sensu i wewnętrznej logiki, której tego typu film powinien się chociaż odrobinę trzymać. Twisty więc nie wywołały we mnie specjalnie wielkich emocji. Podobnie w sumie jest z kwestią straszenia. Do tej twórcy podeszli w znany od bardzo, bardzo dawna sposób, czyli opierają je przede wszystkim na jump scare’ach. I teraz tak: jakkolwiek samo to jest już od dawna nużące (zwłaszcza, że z zabiegu tego korzysta większość horrorów), to jednak wciąż można to wykonać w różny sposób. W Eli momentami udaje się zbudować napięcie, kilka razy miałem ciarki na plecach. Oczywiście daleko mi było do przerażenia, ale i tak policzę to jako plus. Zwłaszcza, że w ostatnich dniach widziałem naprawdę dużo produkcji, które nie potrafiły mi nawet trochę podnieść ciśnienia.

Eli recenzja 1

Eli – słabe postacie

Eli dałoby się pewnie bardziej obronić, gdyby były tu ciekawe postacie. Problem w tym, że grający tytułowego bohatera Charlie Shotwell był dla mnie niesamowicie irytujący. W jego manierze aktorskiej było coś takiego, że wręcz często życzyłem mu, by wszystko się dla niego źle skończyło. Zupełnie nijacy są też jego rodzice. O ile jeszcze tata, Paul, potrafi szybko przejść od bycia stanowczym, wręcz władczym i oschłym do rzucenia żartem rozluźniającym ciężką atmosferę, o tyle mama definiowana jest w zasadzie wyłącznie przez to, że bardzo kocha Eli i jest gotowa zrobić dla niego wszystko. Również doktor Horn powinna być lepiej napisana i zagrana. To wszak kluczowa postać do tego, by widz – tak, jak Eli – zaczął zastanawiać się, co się dzieje, co jest nie tak w otoczeniu, w którym znalazł się główny bohater. Powinna ona być więcej z jednej strony uprzejma i sympatyczna, z drugiej kryć w sobie jakiś niepokój czy demoniczność. A jest to rola (Lili Taylor) bardzo płaska. Najfajniejszą bohaterką ostatecznie jest więc pojawiająca się co jakiś czas Haley, grana przez Sadie Sink, którą można kojarzyć ze Stranger Things.

Eli jest więc typowym netflixowym średniakiem. Gdzieś tam był pomysł na lepszy film, ale twórcom zabrakło umiejętności, by rzeczywiście nakręcić dobrą produkcję. Tym niemniej i tak jest to o wiele lepsza rzecz niż kilka innych „dzieł”, które miałem nieprzyjemność ostatnio obejrzeć. Nie tylko na Netflixie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *